Rzecz godna zachowania

Przerzucam tutaj (zostawiając creditsy dla jestemkonwentem):

Co wy najdrożsi organizatorzy, goście i uczestnicy sądzicie o pomyśle takiego larpa lub gry terenowej? Przeprowadzony na obszarze starego miasta nie tylko zyska na klimacie, zachęci uczestników do zobaczenia miasta (tym samym ubogaci ich przeżycia i rozładuje ruch na terenie konwentu), ale również wypromuje Lublin (co może skłonić niejedną instytucję do wsparcia lub współorganizacji takiego eventu).

Moja odruchowa reakcja to WOW. Wreszcie coś czego na konwencie jeszcze nie było. Coś co jest w stanie zmusić mnie do tego, żeby wziąć się za organizację LARPa. Oczywiście już widzę, że niezbędna będzie pomoc Grimuaru i dobra koncepcja ale kto wie, może nawet się pokuszę…

To Patryka dzień, Patryka dzień…

sauin_m2 W Irlandii jest to święto narodowe. U nas kolejna okazja do pochalania z przyjaciółmi. Tak się składa, że zawsze miałem pewien sentyment do celtyckich klimatów i nawet ubiegłoroczna praca w Św. Patryka(a pracowałem w Irish pubie za barem wtedy) nie jest w stanie zepsuć mojego entuzjazmu do tego dnia. Zwłaszcza, że w tym roku wszystko zapowiada się conajmniej dobrze. Jako, że Troy specjalnie na ten cel przyjeżdża z Dublina to w szóstkę idziemy do Absynthu(wbrew nazwie pub ma klimat raczej szkocki niż czeski :D) na koncert Sauin, czyli jak możecie podziwiać na załączonym plakacie muzykę irlandzką. Sauin z tego co mi wiadomo to poniekąd pochodna po ś.p. Samhainie, którego granie strasznie lubiłem.  Zresztą jeśli mnie pamięć nie myli to na ich koncercie byłem już w piątek 13stego, czyli ok. miesiąc temu, aczkolwiek głowy sobie uciąć nie dam(skład się zgadza ale ja mogę mieć pamięć skrzywioną przez to co się działo wtedy w Orionie).

Tak czy inaczej będzie fajnie. Po wszystkim postaram się o zdjęcia i jakąś relację.

Hurtem

Coś strasznego.  Do napisania czegokolwiek zbieram się już od ponad tygodnia czyli od kiedy wróciłem z rejsku. Na rejsie świetnie. JEdno co mogę powiedzieć tak na szybko to: ZA KRÓTKO!!!!!!!!!!!! Ja chce znowu na morze….

A w polsce wszystko znowu nabrało tempa. Najpierw RPGi. Dawno mi tak źle nie szło – spaliłem koncertowo jedną sesję i druga wyszła słabo. WTF sięze mną dzieje? Jeszcze dzisiaj sesja w Odmieńca mnie czeka. Jeśli i to się posypie to znaczy, że powiniennem zrobić sobie przerwę w prowadzeniu. I to dłuższą przerwę

Pozostając w temacie RPGowym, to pierwsze co przywitało mnie w sieci po rejsie to fakt, że przez 3 tygodnie gdy mnie nie było nikt nie napisał ani jednego newsa na portalu. ANI JEDNEGO. Zero. Null. Nothing. Normalnie myślałem, że powieszę za jaja na reji. Czy do ciężkiej cholery to kręci się tylko jak ja coś robię?

Na szczęście morze dało mi zapas poytywne i kreatywnej energii do pisania. Więc niezrażony(za bardzo) nadrabiam powoli straty. Z newsami jesteśmy już na bieżąco na tyle na ile jest to wykonalne, gorzej z artykułami bo brakuje redaktorów(o dziwo nie tekstwritterów i nie tekstów jako takich a redaktorów do korekty tekstu)=.=

Pozostając w temacie RPGów zaczynam walkę z dystrybucją. Wydanie przestało być już wyzwaniem. Wydamy i Exalted(tak nazwa pojawia się wreszcie otwarcie) i L5K. Kwestia jest a) jak to sprzedać b) jak to wypuścić tak żeby wszyscy o tym wiedzieli. No i tu zaczynają się schody, ale przecież damy radę. Bo jeśli my nie damy to kto ma dać?

No i są jeszcze kulinaria. Ostatnio sporo różnych dziwactw kulinarnych robię, kto wie może niedługo zacznę umieszczać na blogu również przepisy kucharskie ^_^.

Wow, to chyba chwilowo tyle. Jak znajde chwilę chęci i wolnego to spróbuję napisać relację z rejsu morskiego i wrzucić parę zdjęć(uprzedzam lojalnie, że nie są moje).

Hogueras de San Juan

noc swietojanska to tutaj duze swieto. Tak duze, ze 24 Czerwca jest czerwionym(czyli wolnym) dniem w kalendarzu. Jednak wazna jest noc a nei dzien prawda? W nocy w wielu miesjcach w Barcy byly pokazy, ognie i inne dziwne rzeczy. My spedzilismy to na plazy. Okreslenie tlum nabiera nowego znaczenia. Tam kuzwa nie bylo gdzie palca wcisnac! Nie wiem jakim cudem mysmy sie tam jeszcze dopchneli w tyle osob. Bo trzeba wam wiedziec, ze San Juan nie swietuje sie pojedynczo. Mysmy byli w grupie a z 10 osob. No i fajerwerki. Tak naprawde glownym, elementem nocy San Juan tutaj sa fajerwerki. Duzo, duzo, duzo duzo fajerwerkow. Normalnie tyle co w sylwestra jesli nie wiecej, z ktorych niektorze NAPRAWDE fajne. Jak tylko dorwe wszystkich co mieli aparaty to wrzuce pare zdjec. Kolejna obok fajerwerkow tradycja to kapiele. Kazdy po prostu kazdy musi sie wykapac w Noc Sw. Jana. im pozniej tym lepiej, a ze zazwyczaj im pozniej tym wszyscy sa bardziej wstawieni to nie ma wielkiego problemu.

Piasek i Sól

Od kiedy byliśmy w Valenci minęło 1,5 miesiąca, więc chyba czas najwyższy już napisać jakąś relację z tej niezbyt długiej podróży. ..

Zaczęło się od tego, że dokonałem małego cudu, żeby mieć kasę na wyjazd. W zasadzie to nie ja a mój ojciec, który dał mi kasę na ten wyjazd. Jakieś 100 czy 150e. Na tutejsze warunki nie za dużo ale dla mnie wtedy wystarczająco dużo żeby pojechać. No więc pojechaliśmy. Śmy czyli Henry, Martin, Ola i Ja. Z domu czyli Barcy wyjechaliśmy bagatela w południe 2 V. Masakrycznie gorąca pora ale nie przejmując się tym za szczególnie zdecydowaliśmy się nie jechać autostaradą tylko drogami krajowymi. Do tej pory nie wiem czy to był dobry pomysł. Z jednej strony widoki były zajebiste. Tak zajebiste, bo żadne inne słowo tu nie pasuje. Droga Barcelona-Valencja a dokłądniej Barcelona-Tarragona wiedzie bowiem nad morzem, ale nie dość, że nad morzem to jeszcze w górach więc widoki bardzo malowniczo się mieszały. Niestety jednak droga wiedzie w górach. To oznacza serpentyny, wąską szosę i inne przyjmności tego typu. Suma sumarum po ponad godzinie dojechaliśmy do położonej jakieś 100km na południe Tarragony. Stwierdziliśmy, że czas na postój i to też zrobiliśmy. Drobny spacer w centrum miasta, podziwianie widoków(śliczna panorama) i obiad. A potem już najedzeni i napici(poza kierowcą który nie wychylił więcej niż kieliszek Sangrii) kontynuowaliśmy podróż. Tym razej jednak padło na autostradę jako, że stwierdziliśmy, że nie chcemy zostawić żołądków na górskich serpentynach.

Valencja. Zaczęło się od mieszkania kumpla Martina u którego się zatrzymaliśmy a potem plaża. Plaża to właściwie jedyne miejsce w Valencji które zwiedziłem:D No dobra było też parę barów i jedna wyjątkowo wybitna restauracja orientalna. Na plaży jednak byliśmy cały piątek późne popołudnie/wieczór (noc spędzona po barach) i całą sobotę. Wszystkie zdjęcia jak widać też są z plaży.

W sobotę zapadł dylemat – wracamy w sobotę w nocy unikając korków czy w niedziele ale za to w korkach. Padło na sobotę bo Henry był choy a ja w średnim klimacie na impreze. Z tego co później się dowiedziałem to była to świetna decyzja bo w niedzielę stwierdzenie „korki na autostradach” nabrało podobno nowego znaczenia gdy 3 z 3,5miliona mieszkańców Barcy zaczęły wracać do domu.

Wiem, że krótko ale tak naprawdę to nie ma co więcej pisać. Wyjazd był mało produktywny i mało konstruktywny, wręcz przeciwnie. Ale za to był fajny 😀